czwartek, 15 lutego 2018

"Każdy może zdradzić każdego", czyli recenzja "Czerwonej Królowej"

Jako, że to pierwsza pisana przeze mnie recenzja, chciałabym poświęcić ją mojej bezpiecznej, a z drugiej strony dość kontrowersyjnej nowej miłości - "Czerwonej Królowej". 
Mówiąc o tej serii, swoją drogą czekającej na wydanie ostatniego tomu, przechodzą mnie ciarki. Moja przygoda z tą książką miała długi okres rozwoju, polegającego na rzucaniu okiem na grzbiet pyszniący się na półce księgarni, następnie leniwym powracaniu wzrokiem na miejsce przebywania pierwszego tomu w miejskiej bibliotece. No i wypożyczyłam, przeczytałam, zostały jedynie pytania. Powieść Victorii Aveyard jest jedną z tych, do których trzeba się przekonać. To nie ona przekonuje do siebie czytelnika, ale to czytelnik dostosowuje się do niej. W moim przypadku zaczęło się burzliwie - pierwsze sto stron było męką przyzwyczajania się do niekończących się rozważań bohaterki z zasady prowadzących do tych samych wniosków. Ale przejdźmy do konkretów.

Mare Barrow jest złodziejką, stara się być wsparciem dla swojej rodziny - ojca weterana ze sztucznym płucem, matki, siostry oraz trzech braci, którzy w miarę regularnie przesyłają im listy z frontu wojennego. Och, jest jeszcze pieszczotliwie nazywany w anglojęzycznym fandomie "fisherman's boy" czyli Kilorn - osierocony, złośliwy i lekko pokręcony przyjaciel głównej bohaterki. Akcja rozgrywa się w królestwie Norty, które swoją drogą okazuje się być pełne Czerwonych - zwykłych ludzi - będących pod tyrańskimi rządami obrzydliwie bogatych Srebrnych - ludzi o srebrnej krwi i niebywałych zdolnościach tj. kontrolowanie wody, wysadzanie przedmiotów, władanie pogodą, itp.
Nie będę zagłębiać się w szczegóły z prostej przyczyny: prawie każda informacja zawarta w tej książce  jest właściwie istotną informacją znaczącą dla biegu zdarzeń.

Punktujemy!
Posługując się skalą od jednego do dziesięciu mogę śmiało przyznać siedem punktów za dobrą narrację, choć zdecydowanie byłaby ona lepsza bez niepotrzebnych refleksji Mare. Wartka akcja, obszerne opisy dostarczające ogromu materiałów dla wyobraźni, dynamiczne zmiany otoczenia. Jedyna znacząca ujma to fakt, że z jakiegoś powodu przez cały czas zostajemy powiadamiani o często zbędnych, powtarzających się do bólu faktach, przykładowo o przynależności członków jakiegoś zgromadzenia do konkretnego rodu, mimo że właściwie nie odgrywają oni żadnej kluczowej roli w najbliższych scenach.
Dziewiątka staje przy fabule, co skądinąd świadczy o jej niedoskonałości. Jeden odjęty punkt to metaforyczny uwierający w stopę kamień wpadający do buta ilekroć przypominam sobie o każdej decyzji głównej bohaterki. Mare jest naprawdę bystra i tak dalej, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że niektóre postępki, których się dopuszcza, są naprawdę głupie, co prowadzi do prostej konkluzji - zostały stworzone na potrzebę ruszenia akcji do przodu. Taki literacki kopniak.
Osiem za wykreowanie bohaterów, którzy są bardzo złożeni i trudni do rozgryzienia, lecz odejmuję od oceny dwa punkty za... właściwie trudno mi to wyjaśnić, ale czegoś mi jednak brakuje.
Osiem punktów za całość świata przedstawionego (niebywale mi się on podoba i zasłużyłby na dziesięć, gdyby nie pewne minusy, o których mowa jest w konkluzji poniżej). Jest dobrze zaplanowany, przemyślany od deski do deski, czytelnik od drugiego tomu dysponuje również mapą Norty i okolicznych królestw/państw. Bardzo rozwinięty jest też sam aspekt polityki panującej w kraju, systemu kastowego (jeśli mogę to tak ująć) oraz trafiający do mnie pomysł pokazania świata zbudowanego na spuściznach dziejów, choć nie jest wyraźnie powiedziane czy są to dzieje naszej współczesnej cywilizacji, tak jak było to przykładowo w "Rywalkach" K. Cass, czy nawet w "Diabolice".

Dodatkowa konkluzja (nieobowiązkowe)
Ponadto spodobał mi się pomysł Srebrnych, choć niekoniecznie samo rozwiązanie ich kwestii. Jak udało mi się doszukać i lekko zgłębić ich naturę, srebrna krew powstała w wyniku mutacji genetycznej wykształconej w czasie, hmm, ewolucji? Jednak nie jestem przekonana do idei takiego zdarzenia, ponieważ rzekome zmiany objawiły się w jednym pokoleniu, a w następnym były nagle powszechne, a nie tak działa ewolucja akurat w przypadku ludzi. Dodatkowo opisana mutacja spowodowała wykształcenie się podanych wyżej umiejętności, choć właściwie bardziej byłabym skłonna przypisywać to jakiemuś rodzajowi magii, może oprócz "mocy" tzw. Psychików (władających przedmiotami i ciałami siłą woli) czy nawet Szeptaczy (wnikających w umysły z pomocą dotyku). Absurdem wydaje się też, że 1) stare poczciwe erytrocyty musiałyby w związku z tym zmienić kolor na srebrny, pomimo, że jest to niemożliwe, 2) bohaterka w wielu sytuacjach zaznacza, że srebrna krew wygląda jak lustrzana ciecz, co w gruncie rzeczy zaprzecza całkowicie całemu założeniu, ponieważ mi na przykład kojarzy się to bardziej z rtęcią niż srebrem. 
Jak stwierdziła moja poczciwa przyjaciółka, po tym akapicie widać już, że jestem na biolchemie.


Podsumowanie
Aby dojść do jakichś wniosków, mogę otwarcie powiedzieć, że zżera mnie ciekawość przed premierą ostatniej części tego porywającego cyklu. Ostatecznie przyznaję, że "Czerwona Królowa" to książka, którą zdecydowanie polecam przeczytać i zachęcam do dzielenia się opinią w komentarzach, a także na naszym bookstagramie! 

Wiktoria

PS. Niestety nie mam zdjęcia książek, ponieważ wypożyczałam je z biblioteki i goniły mnie terminy zwrotów. Usprawiedliwieniem może być też fakt, że czytałam ją na przestrzeni kilku miesięcy przed założeniem bloga.

środa, 14 lutego 2018

Jak wiele możesz zrobić dla uratowania rodziny, czyli "Tytany"

Wprowadzenie
Przed przeczytaniem Tytanów, miałam okazję zmierzyć się z inną powieścią autorki, a mianowicie z Ogniem i wodą. Ową powieść wspominam jako bardzo dobrą lekturę (wspominam, bo czytałam ją trzy lata temu, hehe) i nie ukrywam, że do Tytanów przez to miałam dość duże oczekiwania. Zawiodłam się.

Akcja toczy się w Detroit, gdzie siedemnastoletnia Astrid usilnie walczy o utrzymanie domu. Całej jej rodzinie grozi eksmisja, a ojciec codziennie wraca z nieudanych rozmów o pracę. Dziewczyna od kilku lat wraz z przyjaciółką ogląda wyścigi tytanów - mechanicznych, nieprzewidywalnych koni. Marzy by móc  dotknąć chociaż jednego z nich, ale ta "rozrywka" jest przeznaczona dla samych bogaczy. Wszystko zmienia się gdy Astrid poznaje Gałgana, a razem z nim dostrzega szansę na lepszą przyszłość.

Przechodząc do rzeczy
 Uważam, że książka jest dość przewidywalna. Ja, wierna fanka fantastyki umiałam wyczuć "co się zaraz stanie". Czy to znak, że przeczytałam za dużo takich książek? Właśnie. Mam wrażenie, że coś już takiego, podobnego czytałam. Możliwe, że kojarzy mi się trochę Wyścig Śmierci, w którym również były "inne" konie i również była walka o rodzinę.
Akcja na początku, nie ukrywam - dłuży się. Potem nagle przyspiesza, gdzie czytamy opis wyścigu za wyścigiem i... koniec. Zakończenie miało dać nam efekt WOW, ale przynajmniej mi nie dało. Miałam uronić łzę, nie uroniłam. Przy ostatnim wyścigu miałam być pełna emocji, nie byłam. Czemu? Bo byłam pewna zakończenia na 99%.
 Głowna bohaterka także dała mi się nieźle we znaki. Zazwyczaj nie mam nic do niezdecydowanych ludzi, ale tutaj jej zachowanie było okropne. Podchodziła do pewnych spraw bardzo lekkomyślnie, a jej marudzenia po kilku stronach miało się dość.
Jeśli chodzi o techniczne sprawy książki to mam zastrzeżenia do krótkich rozdziałów. 'Dzielenie' lektury co kilka stron, coraz wytrącało mnie ze skupienia. W trzystu czterdziestu czterech stronach powieści mieści się 61 rozdziałów. Nie uważacie, że to lekka przesada?

Podsumowanie
Jak zdążyłam wspomnieć na samym początku, zawiodłam się. Liczyłam na coś naprawdę dobrego, na miarę Ognia i wody. Czegoś mi tu brakowało, a precyzując - wątku miłosnego, który idealnie pasowałby do treści. Nie oczekujcie od tego utworu zbyt wiele, nie oczekujcie historii, która was porwie. Chociaż może będziecie się przy niej dobrze bawić, mimo to radziłabym poświęcić czas na inne książki Victorii Scott, które są naprawdę dobre.


6/10

Julka