piątek, 10 sierpnia 2018

Książka o dwóch twarzach, czyli "19 Razy Katherine"

Wprowadzenie dla wytrwałych

Żeby wprowadzić was w temat recenzowanej książki chciałabym zapoznać was z moimi doświadczeniami, które wiążą się z tą powieścią. Zacznę może od tego, że John Green zawsze wydawał mi się autorem w stylu Stephena Kinga - tworzył w odległej od moich zainteresowań czytelniczych galaktyce. Okładki książek przewijały mi się przed oczami, a zwiastuny filmów wskakiwały na listy "Proponowanych dla ciebie" na YT, a jednak nigdy nie miałam ochoty bądź też odwagi sięgnąć po cokolwiek z nim związanego. W przypadku Greena zdarzyło się jednak coś, co znacząco zmieniło moje podejście.
Czy pamiętacie wielki bum na "Gwiazd naszych wina"? Zdarzył się on około roku 2013/14, był ogromnym wydarzeniem w czytelniczym światku. Ignorowałam go dosyć skutecznie, ponieważ od wielu lat stosuję się do taktyki "jeśli coś jest dla każdego, to jest do niczego", która zrodziła się we mnie w momencie, gdy ta właśnie książka zjawiła się nieoczekiwanie na półce jednej w moich ówczesnych przyjaciółek. Dlaczego takie założenie? Z bardzo prostej przyczyny: dziewczyna ta nie czytała książek dla przyjemności. Nie czytała lektur szkolnych, a co dopiero mówić o czytaniu dla rozrywki (zawsze zakładałam, że lektury dla niektórych osób wiążą się po prostu z niewyjaśnionym poczuciem obowiązku). W OGÓLE NIE CZYTAŁA.
Broniłam się więc i broniłam, aż wreszcie nadszedł kryzys czytelniczy. Z tego co pamiętam wywołała go jakaś konkretna książka, prawdopodobnie "Ziemia, planeta ludzi" A. de Saint-Exupery'ego, bo była tak bezbarwna i pozbawiona kontekstu, że wyprała mnie z chęci do czytania. Buszując po bibliotece miejskiej ubogiej w ciekawe tytuły, czytałam jednym okiem wiersz Baczyńskiego, a drugim zatrzymałam się na grzbiecie właśnie "Gwiazd naszych wina". Pomyślałam sobie, że, hej, czemu nie? Tak rozpoczęła się moja przygoda z Johnem Greenem.

Do rzeczy

Przechodząc do właściwej części tej recenzji, od razu powiem, że na tę książkę natrafiłam zupełnym przypadkiem. Zaczynałam późno lekcje, niewdzięczny autobus był bardzo wczesny, więc myszkowałam po bibliotecznych półkach, powtarzając materiał z fizyki (o, zgrozo!) i tak zainteresowałam się najpierw samym faktem autora, a następnie dosyć niekonwencjonalnym tytułem.

Colin Singleton to "cudowne dziecko". Ma wyjątkowo dobrze prosperującą pamięć oraz obsesję na punkcie swojego znaczenia dla świata. Dostaje załamania nerwowego, na które radą ma być podróż w nieznane w towarzystwie Hassana, jego przyjaciela (Hassana mogłabym opisać na wiele sposobów, jednak chyba głównym znakiem rozpoznawczym wydaje mi się fakt, że przez całą książkę opowiada mniej lub bardziej śmieszne/przyzwoite żarty oraz gasi Collina tekstem "Nikogo to nie obchodzi"; znicz dla Singletona [*]).

Zdecydowane dziewięć (może jeszcze nawet i pół) punktu wędruje dla narracji. Jest trzecioosobowa, narrator wie dosłownie wszystko o wszystkim, jednak nadal pozostaje trzecioosobowa, co zawsze zdawało mi się być ujmą dla historii skupiającej się na przemianach wewnętrznych bohaterów.
Prawdopodobnie nieco smutne, ale nadal dosyć szczęśliwe siedem za fabułę - nie była ona bardzo zaskakująca, za to wyjątkowo pozytywnie nacechowana, a także pełna matematyki, z której niewiele rozumiem. Historia była maksymalnie złożona, a autor celowo odkrywał każdy szczegół po kawałku, budując pewien rodzaj napięcia związanego bardziej z ciekawością niż faktycznym odczuciem presji. Plus za zakończenie, chociaż zawsze irytuje mnie to, że nie wiem co dzieje się z bohaterami po latach, bo ich przyszłość jest niezdefiniowana i pozostawiona samej sobie.
Ogromne dziesięć za kreację bohaterów. Cuda, wianki, dzikie węże. Postacie miały charaktery uwarunkowane konkretnymi zdarzeniami/wpływami/teoriami, nic nie zdawało mi się być nieuzasadnionym wybrykiem wymuszonym na potrzeby wpłynięcia na akcję w jakiś określony sposób.

Dodatkowa konkluzja (nieobowiązkowa)

Tak jak przy poprzedniej recenzji, tak i teraz przyszło mi na myśl pewne irytujące spostrzeżenie. Oryginalny tytuł powieści to "An Abundance of Katherines", co według moich umiejętności językowych popartych wiedzą zawartą w słowniku angielsko - polskim wydawnictwa Longman, oznacza "Obfitość Katherine" (wedle narratora powieści możliwą wersją jest także "Obfitość Katherine'ów"). Stąd też zrodziło się pytanie: czy tłumacze są z nami zupełnie szczerzy? Innym przykładem takich nieścisłości może być tytuł "Bez Winy" Mii Sheridan. Jak już pewnie zauważyliście, tytuł jest całkiem całkiem, ale gdy wczytamy się w ładną stronę ze źródłami, datą wydania i innymi informacjami, dowiadujemy się, że tytuł brzmi "Grayson's Fault", czyli dosłownie "Wina Graysona". Kolejnym przykładem może być cała seria "Król Kruków", bo, nie oszukujmy się, trudno mi było wypatrzeć w fabule trzeciej części tytułową "Wiedźmę z Lustra" (chodź istnieje jeden moment, który chyba odpowiada za ten tytuł) z prostej przyczyny (o dzięki wielki Pintereście za te zdjęcie okładek) - anglojęzyczny, czyli oryginalny, tytuł brzmiał "Blue Lily, Lily Blue". No więc komu teraz jest łyso, moi drodzy tłumacze? Nie chodzi mi tutaj o wytykanie jakichkolwiek błędów itp., jednak mi osobiście przeszkadza taka nieścisłość, szczególnie jeśli ma ona duży zakres lub całkowicie mija się z treścią książki (nie wspomnę już o pamiętnym bronzerze, który w polskim przekładzie stał się samoopalaczem).

Podsumowanie

Żeby zsumować wszystko, co naklepałam w powyższych akapitach, mogę otwarcie przyznać, że John Green, kolokwialnie mówiąc, odwalił kawał dobrej roboty, chociaż chyba nikt nie spodziewał się po nim niczego innego. Serdecznie polecam i całym serduszkiem zapraszam do dzielenia się swoimi opiniami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz